Każdy czasem czuje potrzebę tzw. wywnętrzenia się. No więc ja też. W świecie, w którym nawet eks-premier Jarosław K. ma swojego bloga (i to wideo!) nie wypada po prostu bloga nie prowadzić. Sęk w tym, że ja - jako osobnik nielubiący trendów - natychmiast odczuwam wewnętrzny bunt przeciwko bloga zakładaniu. Ale potrzebuję i chcę, więc trudno już, niech będzie, że wpisuję się w trend, pęd owczy i ogólną blogowatość Internetu.
|
|
Spacery z aparatem
|
|
Wyruszyliśmy z Małczunem z rana (to oczywiście zależy jak zdefiniować 'rano', ale przy założeniu że jest sobota...) - na żagle. Pogoda przepiękna, a że Małczun posiada niesamowicie lansiarski pojazd, z którego w pięć minut można zrobić prawie-kabriolet (prawie w tym wypadku jest różnicą zaniedbywalną), potoczyliśmy się wolno i dostojnie, rozkoszując się pogawędką: 
i słońcem nad głową.
Wiedzieliśmy, że ICM już wiedział co nas czeka, lecz żywiliśmy głęboką nadzieję, że tym razem ICM jednak nie wie. ICM wiedział... (to zdanie miało brzmieć a'la Boguś Wołoszański). Dosłownie w momencie, gdy dojeżdżaliśmy do Pucka, słońce skryło się za chmurami. 
Zachowaliśmy jednak spokój i opanowanie. 
Niezrażeni wypożyczyliśmy łódkę, sklarowaliśmy i... nadszedł gigantyczny szkwał, zaczęło lać i wiać w sposób urągający naszym umiejętnościom i wiedzy żeglarskiej. Rozsądnie wybraliśmy postój przy kei, zwłaszcza, że wiele załóg myślało podobnie, lub wręcz zostało zmuszonych do powrotu. 

Po dwóch godzinach nadziei i zmiennych nastrojów, pozostało nam ponowne przeprowadzenie klaru i powrót - tym razem na tarczy. Na domiar złego, kiedy dojeżdżaliśmy do Gdańska... wyszło przepiękne słońce a wiaterek wrócił mocą w okolice zefirka. Czy świat jest sprawiedliwy? |
|
|
Spacery z aparatem
|
|
Naszła mnie ostatnio myśl z gatunku "genialnych": człowiek nad morzem mieszka od lat wielu, a sportów wodnych nie uprawia... Odkrywcze, nieprawdaż? Szczęśliwie okazało się, że Małczunowi podobne myśli chodzą po głowie. Odgrzebałem więc swój dawno zapomniany patent żeglarza jachtowego i zorganizowaliśmy (do dobra, bardziej Małczun zorganizował) wyprawę do miasta Pucka, bo wydawało nam się, że tam najbezpieczniej i najłatwiej będzie wznowić naszą przygodę żeglarską (Maras nie pływał 13 lat, a ja 14). Dotarliśmy na miejsce, znaleźliśmy ośrodek, wypożyczyliśmy łódkę (klasy Puck, nie Ref, prawda, Małczun?) i... no... tego... a do czego te wszystkie sznureczki?
Na szczęście inżynierskie umysły wspomogły naszą pamięć i krok po kroku czulismy, jak szare komórki w naszych puszkach mózgowych zaczynają układać się w dawno zapomniane mozaiki. Sklarowanie jachtu zajęło prawie 45 minut i właśnie wtedy potężny (jak na nasze nerwy) szkwał ostudził zapał. Czekaliśmy niezdecydowani, ale wkrótce pogoda się poprawiła i, za jedyne ożaglowanie mając zrefowany grot, z prędkością (na oko sądząc) 0,01 węzła wytoczyliśmy się na zatokę. Małczun sterował, Madzia częstowała ciasteczkami, a ja... z braku przechyłu (odpadało balastowanie) i foka (odpadała zabawa szotami) nie miałem nic do roboty. Po paru zwrotach ośmieliliśmy się podnieść zrefowanego foka i oczywiście jak na złość natychmiast znów przyszedł szkwał, lunęło i zawiało. Rozsądnie ściągnęliśmy przednią szmatę, ale szkwał przetrwaliśmy w dobrej kondycji psycho-fizycznej. Nieco irytowali nas ci wszyscy dowcipnisie pływający pod pełnymi żaglami, ale jeszcze im pokażemy! 
Spodziewaliśmy się, że powrót będzie ciężki, ale poszło gładko (choć bez godności - nie wchodźmy w szczegóły). Potem krótki spacer, trochę zbawy 10-20:  i 70-200:
Puckie okolice nadmorskie:
Wiatr cieszył nie tylko żeglarzy, windsurferów i kejciarzy, ale też miłośników innych sportów:
Kupę śmiechu mieliśmy, głównie z siebie i naszej sprawności. Widać jednak i czuć, że wraca nam pamięć dawno utracona, więc mam nadzieję, że będziemy kontynuować przygodę i niedługo śmiać się będziemy w trwarz niebezpieczeństwu, morzu i wiatrowi dmącemu z siłą huraganu. Prosto z żeglarskiej przygody udaliśmy się, w ramach miłego zakończenia dnia, do La Fortuny na obiad. Odwiózłszy Małczunów do domu, pognałem do siebie oglądać mecz. Co ja myślę o hiszpańskiej manii polegającej na kompulsywnych próbach wjechania z piłką do bramki przeciwnika to nie napiszę, bo za dużo nerwów mnie to kosztowało, ale wynik pozytywny. Bardzo miły dzień! |
|
|
Spacery z aparatem
|
|
Oj, weekend potoczył sie zupełnie niespodziewanie. Początki nie były zachęcające: sprzątanie szło opornie, bo humor mi mocno nie dopisywał i zamiast pogwizdywać wesoło głównie rozważałem dodupność egzystencji. Potem jednak wpadła Kalina (co jeszcze było zaplanowane), pogadaliśmy przy lodach i truskaweczkach, obejrzałem jej wspaniały skuter a potem pojawił się zupełnie niespodziewany gość - Paulina. Spacer w kierunku plażowym zaowocował spełnieniem przez Sigmę marzeń... o większym wzroście: 
i o lataniu:
Dziś zamiast na ME quadów w motocrossie znalazłem się na plaży, a wieczór zamiast na obróbce minął na kawce, spacerze i pogaduchach z Kaliną i Agą. Sigmy na razie nie odpinam, więc: 

Na koniec każdy udał się to swojego środka transportu. Nasz Easy Rider wsiadł na swą potworną maszynę:
i popędził
do domu. Ja natomiast w szlachetnym zamiarze odwiezienia Agi udałem się po swój pojazd... Jednak uwolnienie go z zamkniętego już na cztery spusty parkingu pod Madisonem (któren to w niedzielę kończy działalność o 20) zajęło trochę czasu i kosztowało 30 zeta kary za 'ponowne uruchomienie systemu parkingowego'. Panowie byli bardzo uprzejmi i nawet się sumitowali, że muszą wspomnianą karę pobrać, ale rzecz jasna nie miałem do nich pretensji - sam sobie winien byłem. Nie żałuję, bo miło było! |
|
|
Spacery z aparatem
|
|
Jakoś tak wyszło, że zawsze marzył mi się szeroki kąt, bardzo szeroki kąt, ale najpierw trzeba było kupić nowe tele (wszak fotografowanie sportu bez jasnego teleobiektywu jest mniej więcej tak samo sensowne jak podwodne zwiedzanie rafy koralowej bez maski - można, ale niewiele widać). Potem okazało się, że ograniczenia body są już trudne do zniesienia... A teraz zbieram forsę na inne cele i wstrzymałem zakupy. Na szczęście zupełnie niespodziewanie pojawiły się fundusze (dzięki, o pracodawco!). Po krótkiej walce wewnętrznej obejmującej nie wiadomo jak długie czekanie na dostępność Tokiny 11-16/2.8 i stracone kadry z jednej, a nieszczególną ponoć ostrość i ogólną ciemnotę Sigmy 10-20/4-5.6 stanęło na tym, że niektóre zdjęcia ulatują bezpowrotnie i czekać nie ma na co. Dzisiaj odebrałem i od razu pogalopowałem do Orłowa (z Foto-netu miałem niedaleko), żeby 'przestrzelać'. Wrażenia: ha ha ha! Tygrysy lubią takie szalone kąty. Bardzo mi się podobają kolory w wykonaniu Sigmy, do ostrości nie mam uwag (może trafił mi się dobry egzemplarz). Minusem jest kiepska jasność, ale dziś akurat, w pełnym słońcu, nie miało to znaczenia. Haesem haesemem, ale autofocus też nie należy do demonów prędkości. Jest pewny, cichy, ale niezbyt szybki. No, ale czego oczekiwać od szkła o maksymalnej jasności F4? Pierwsze próby (chyba jeszcze operator nie dorasta do sprzętu, ale wiem co chcę osiągnąć i teraz tylko praktyka...): 




|
|
|
Spacery z aparatem
|
|
Druga połowa maja okazała się być wielce owocna zdjęciowo - powoli będę ujawniał co ciekawsze obrazki. Na pierwszy ogień zdjęć kilka z krótkiej wizyty na okręcie ORP Metalowiec. W miniony (niestety!) długi weekend cumował przy Skwerze Kościuszki w celach reklamowych - zachęcał młodych ludzi (to już niestety nie do mnie) do służby. Cieszy profesjonalizacja sił zbrojnych - w razie czego zdecydowanie wolę, by demokracji broniła grupa dobrze wyszkolonych i sowicie opłacanych profesjonalistów niż banda przerażonych nastolatków siłą zagnanych w kamasze. Sam okręt pochodzi z lat 80-tych, nosi więc ślady współpracy z bratnią marynarką ojczyzny wszelkiej szczęśliwości i Włodzimierza Iljicza. Wolałbym obejrzeć sobie choćby ORP Pułaski, ale przypomniały mi się dawne czasy, kiedy to przy każdej wizycie okrętów NATO w Gdyni z wywieszonym ozorem pędziłem je oglądać. A teraz nasz bohater: 

Luksusów w służbie się nie spodziewaj: 
Nowe działo, stare działo (w tle ORP Błyskawica): 

Wyrzutnia rakiet i fragment masztu: 
Obrońcy demokracji: 

|
|
|
Refleksje ogólne
|
|
Przesympatyczna para moich przyjaciół połączyła się była w ubiegłą sobotę. Brać aparatu nawet nie musiałem, ale jednak dziwnym trafem LowePro zawędrowało za mną do samochodu i znalazło się w Tczewie. |
|
Czytaj
|
|
|
Spacery z aparatem
|
|
W ubiegłą niedzielę wybrałem się do Sopotu. Było do wykonania trochę pracy myślowej, która z niewiadomych przyczyn idzie mi najlepiej przy ostrym marszu plażą od mola w kierunku Gdyni. Poza tym nie zaglądałem w te okolice od miesięcy i ciekaw byłem postępów w budowie nowego centrum. Oto budowa w reporterskim skrócie: 





|
|
|
|
«« start « poprz. 1 2 3 4 nast. » koniec »»
|
| Pozycje :: 23 - 33 z 35 |