Magnolia z przyległościami

Przydarzyło się szczęśliwie, że wróciłem do aktywnego uprawiania rajdów mych kochanych. Właściwie, czy ‘wróciłem’ faktycznie, czy tylko ‘mam takie pobożne życzenie’, to się okaże. Niemniej jednak, początek newsa chwytliwy, a i odzwierciedla moje aktualne nastawienie, które można określić skrótem ‘BB’.

BB, czyli bojowo-bojaźliwe. Bojowe, bo poczułem znów, jak kocham rajdy, jaką dają frajdę i jak bardzo mi ich brakuje. Bojaźliwie, bo co właściwie dotąd mnie powstrzymywało? Że kasy nie było? Nonsens. Punkty do licencji były wyjeżdżone, a te parę groszy (no, dobrze, parę tysiecy groszy) na niepalne gacie i inne ingrediencje by się przecież znalazło, skoro kilkanaście tychże tysięcy na  sprzęt fotograficzny przez kilka lat wydałem. Takie D200 na przykład – dobry kombinezon i kask z interkomem można było kilka lat temu za to nabyć. Teraz warte jest dosłownie kilka groszy, ale to już zupełnie osobny temat... W każdym razie, wstrzymywało mnie wygodnictwo i obawa przed nieznanym. Zamiast walczyć o swoje, czyli prawo do radości wynikającej z obijania czterech liter w fotelu rajdówki (choćby i w fotelu pilota), wolałem się zadowalać erzatzami – zdjęcia, ‘czasu nie mam’, ‘kasy nie mam’, ‘czy licencje dadzą nie wiadomo (bo wzrok)’, a to a tamto... Czyli – bojaźliwe. Raczej się tej bojaźliwości nie wyzbyłem, muszę z nią czynnie walczyć i walczyć chciałbym (a więc – bojowe). Tylko czy bojowość nie utonie w powodzi codziennych problemów, nie zostanie zagłuszona kolejnym ‘jak będę miał więcej kasy’, ‘jestem za ciężki na pilota’, ‘co będzie dorosły chłop durnia z siebie robił’ i ‘przecież szkoda twojej głowy tęgiej wystawiać na poniewierkę i ryzyko’? Okaże się.

 

Tymczasem – jakoś przed Wielkanocą, kiedy pracowicie waliłem w klawiaturę przy swym korporacyjnym biurku, podszedł do mnie kolega zespołowy i z niejakią nieśmiałością zapytał, czy bym nie popilotował go w Rajdzie Magnolii. Kolega jest posiadaczem tzw. pakietu  kompletnego, jeśli o rajdy chodzi: cieniacza w wersji bojowej, ocierającej się o A-grupę, lawety do jego transportu, żony-pilota oraz córki. Córce właśnie zawdzięczam swe ostatnie przewagi, bo nie mieli jej z kim zostawić. Wymyślona została więc wyprawa w składzie Tomek-kierowca, ja w roli pilota oraz Agnieszka (czyli Tomka żona) w roli dobrego ducha oraz opiekunki małej Krysi. Długo się nie zastanawiałem i po pokonaniu pewnych przeszkód wewnętrznych (‘Nooo wieeeesz?!? Zostawisz mnie na cały weeekend? To ja pojadę do mamusi.’) zgłosiłem akces do tej awantury.

 

W pracy okres gorący, bo w dzień naszego wyjazdu akurat przypadał koniec iteracji w projekcie za który powagą swego majestatu odpowiadam, ale kierownik naszego wesołego cyrku nie czynił wyrzutów, kwitując mą prośbę o urlop krzepiącym (acz nieco godzącym w miłość własną) ‘poradzimy sobie’. Jako się rzekło – okres gorący, więc nie było czasu na dogłębne przygotowania. Przeczytałem na szybko regulamin rajdu, regulamin KJS i PPAiK i na odpuściłem sobie lekturę MKS. Błąd, drodzy przyjaciele, o czym później. Tomek załatwił mnóstwo spraw, w tym odnowienie mojej więzi z macierzystym Automobilklubem Orski i w piątek koło 10 przyszła godzina W. Ostatecznie, Agnieszka i Krysia miały zostać, więc zespół rajdowy zredukował się do nas dwóch.

 

Poprzedniego wieczora mój kierowca i mechanik w jednej osobie do późna składał cieniacza po przygodzie w Kucharowym Rallylandzie (urwana miska olejowa z przyległościami). To poważnie głuszyło moje obawy. A obawy były. Ileż to lat nie pilotowałem? Pięć? Tak jakoś. Ostatni start to PPAiK ze Złomkeim. Spieprzyłem wtedy przeokrutnie kilka rzeczy i miałem bardzo mocne obawy, czy nie powtórzę swych ówczesnych wyczynów... No więc te prace do późna nad cieniaczem uspakajały mnie w zupełnie nieuzasadniony sposób, rodząc błogie przekonanie, że i tak nie zdołamy zjechać z lawety, nie mówiąc już o zrobieniu zapoznania i przejechaniu choć jednej pętli.... Na dodatek wyobraziłem sobie (zupełnie nie wiem, czemu), że Tomkowy ‘holownik lawety’ to stary trup, który rozpadnie się zanim dojedziemy do Słupska. I tak, pogodzony z losem, czekałem na spotkanie z przeznaczeniem. Jakież przyjemne zdziwienie mnie spotkało, kiedy na parkingu pod firmą zobaczyłem bardzo fajną Vectrę GTS z cieniaczem na lawecie. Prezentował się doprawdy bojowo, budząc nadzieję pomieszaną z obawą. Rozsiadłem się na wygodnym fotelu i rozpoczęliśmy podróż w nieznane... cdn.